224. Strefa komfortu nie jest domem. O celowym dyskomforcie i wychodzeniu do nowego w zgodzie ze sobą.

Często mówimy sobie, że „żeby ruszyć z miejsca, trzeba wyjść ze strefy komfortu”.
I coś w tym jest.

Ale to zdanie – wyrwane z kontekstu naszego życia, historii i stanu układu nerwowego – potrafi zrobić więcej szkody niż dobra.

Bo prawda jest bardziej złożona.

Z jednej strony, wiele z nas utknęło w stanie ciepłego, przewidywalnego zamrożenia.
Życie jest „ogarnięte”. Funkcjonujemy. Dajemy radę.
Dni są podobne do siebie. Myśli krążą tymi samymi torami.
Nie jest źle.
Ale też nie jest żywo.

Ten rodzaj komfortu nie jest luksusem.
Jest przewidywalnością.
Bezpiecznym minimum, które nie boli – ale też nie prowadzi do wzrostu.

I tak, żeby coś się zmieniło, potrzebujemy świadomie wybrać pewien rodzaj dyskomfortu.
Nowe pytanie. Nowy ruch. Nową decyzję.

Z drugiej strony – i to jest równie ważne – wiele z nas nie startuje z miejsca spokojutylko z miejsca przeciążenia.
Z ciała, które już długo było w napięciu.

Z układu nerwowego, który przez lata uczył się „trzymać wszystko w ryzach”.

Wtedy hasło „wyjdź ze strefy komfortu” brzmi jak kolejny rozkaz.
Jak presja.
Jak przemoc wobec siebie.

I tu pojawia się druga potrzeba, bez której żadna zmiana nie jest trwała:
potrzeba regulacji, bezpieczeństwa i łagodności.

Nie chodzi o to, by zostać w bezruchu.
Ani o to, by pchać się na siłę.

Chodzi o to, by te dwie potrzeby –
potrzebę wzrostu
i potrzebę bezpieczeństwa
– spotkać w jednym ciele.

Zmiana nie dzieje się wtedy, gdy rzucamy się w stres.
Ani wtedy, gdy chronimy się przed każdym dyskomfortem.

Dzieje się wtedy, gdy potrafimy rozróżnić:
– jaki dyskomfort mnie rozwija,
– a jaki mnie zalewa.

Ten „właściwy” dyskomfort jest zwykle subtelny.
To lekkie napięcie w brzuchu.
Ciekawość zmieszana z niepewnością.
Poczucie: „to nowe… ale możliwe”.

Nie paraliż.
Nie panika.
Nie samozmuszanie.

Wiele z nas utknęło nie dlatego, że jest leniwa albo mało odważna.
Ale dlatego, że nauczyła się przetrwać, będąc „w porządku”.
W schemacie, który daje stabilność, ale jednocześnie stopniowo zawęża życie.
Takim, w którym nic się nie wali… ale też nic naprawdę nie rośnie.

Zmiana zaczyna się wtedy, gdy:
– pozwalamy sobie poczuć delikatny dyskomfort wzrostu
– i jednocześnie dbamy o to, by nasze ciało nie było w stanie alarmu.

To jest ruch, który ma rytm.
Nie sprint.
Nie ucieczka.

Ruch, który wychodzi z kontaktu ze sobą.

Pytania od serca:

  • Jakiego rodzaju dyskomfortu dziś unikasz – i czy to Cię chroni, czy raczej zawęża twoje życie?
  • Jak mogłaby wyglądać najmniejsza możliwa zmiana, która jest jednocześnie trochę niewygodna i wystarczająco bezpieczna dla twojego układu nerwowego?

Jeśli stoisz na życiowym rozdrożu, zastanawiasz się co dalej i chcesz zbudować życie oparte na swoim Darze, zapraszam Cię do pobrania D.A.R.mowego e-booka „5 kroków do rozpoznania Twojego D.A.R.u”. Znajdziesz go na stronie: https://magdamoskal.com/5-krokow/.

Przekaż ten link również znajomej osobie, która sądzisz, że mogłaby z niego skorzystać.

Dbaj o siebie, bo jesteś Darem.

Magda

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *